Szukaj
  • Kinga Plisko

Metalowy kogut


Można by zapomnieć na chwilę o szablonowym postrzeganiu świata wszystkimi zmysłami. Odrzucić szelest, jako atrybut słuchu, mudry, będące dotykiem harmonii, metaliczny posmak po zaaplikowaniu znieczulającej kroplówki i jakże banalnie uroczy zapach jaśminu przy studni. Pozostaje wzrok. Magia błądzenia po kolorach. Kontury niech pozostaną dla niewprawnych, gdyż wnikliwym, wrażliwym obserwatorom mogą ograniczać horyzonty.

Wszak spadające z nieba krople wody, zwyczajnie zwane deszczem, zauważają wszyscy. Przyspieszają kroku, chowają się pod wiatą, zmagają z parasolami. Z postrzeganiem słońca jest już znacznie gorzej. Bo ono po prostu bywa, świeci niezauważalne. Czasem za swój wysiłek nagrodzone zostaje zdawkowym „jaka piękna dziś pogoda”. I tylko ci, którzy potrafią zatrzymać się na chwilę i rozejrzeć wokół, zauważą barwny łuk na niebie. Zmrużą oczy

z zachwytu już tylko nieliczni.

„Blisko na wyciągnięcie ręki”, ojczyzna mieni się feerią barw. Natura otula

C Z Ł O W I E K A pajęczyną utkaną z bladego różu świtu, nadającego ziemi puszystej elegancji, srebrnych nitek babiego lata i szafiru mroku, ścielącego się atłasem pośród bursztynowych drzew.

„Blisko na wyciągnięcie ręki” kościelne dzwony obwieszczają koniec życia, roztrzaskującym się o bruk brązowym we wszystkich niuansach kasztanom, które mimo największych chęci nie potrafią zerwać się do lotu (być może chcą być piękne jak albatros

z wiersza Baudelaire’a, ale nie wiedzą jeszcze głupie, że to poezja unosi w przestworza). Dlatego, pozbawione kolczastego pancerza, lśnią czerwonym rumieńcem wstydu, aż zgniją. W najlepszym razie poleżą sobie trochę w wiklinowym koszyku jako symbol jesiennej zadumy lub pokłute zapałkami staną się na chwilę człowiekiem.

Blisko, pstrokaty kogut (udekorowany jeszcze nie wiedzieć dlaczego purpurowym grzebieniem) oddzieli swym pianiem świt od zmierzchu. Róż od szafiru. Marzenie od planu.

„Blisko” jest dobre i spokojne, rzec by banalnie proste w percepcji. Kolory wypełniają się sobą wzajemnie, przenikają i układają w wyobraźni obraz, odwiecznie zwany mitem

szczęśliwego dzieciństwa (choć nie każdy miał tyle szczęścia, ile mały bohater La vita

e Bella, Benigniego). Ojczyzna bliska pozwala utonąć człowiekowi w palecie barwnego uśmiechu (być może jest to uśmiech niewiedzy o wyborach, konsekwencjach i hasłach Zielonych, nawołujących do ratowania Ziemi). Podążając trochę za statystyką (niejeden uważa, niestety, że to królowa nauk!), odrzuciwszy skrajnie drastyczne przypadki i te przelukrowane – in plus – konotacja barw ojczyzny bliskiej porazi swą nieskomplikowanością.

Otóż, żółte będzie słońce, odwieczny symbol dnia i radości, błękitne niebo, wymiar szczęścia, zielone – drzewo czy trawa, biały śnieg, czerwone, najczerwieńsze na świecie, serce dla mamy – koślawo narysowane na laurce. Kolor czarny pojawi się rzadko. Czasem będzie to szkolna tablica czy strój górnika podczas Barbórki.

Nuda i banał; obraz sielski jak życie w Kurowie. Nie bez przyczyny mowa tu o „Ziemi obiecanej”. Otóż, Reymontowi wyśmienicie udało się żonglowanie kolorami. Spod jego pióra, niczym spod pędzla wprawnego malarza (czy to impresjonisty obsesyjnie goniącego za refleksami, czy to w atelier Guardiego, który czernią i czerwienią oddaje nastrój trwogi

w „Pożarze magazynu olejowego”), barwy zmieniają się w zależności od opisywanego obrazu. Od nastrojowej impresji zmierzają ku ekspresjonistycznej dynamice. Ewoluują pod naciskiem

planowanych przez człowieka działań i przykrywają woalem koloru efekty owych przeobrażeń.

Kurów jest blisko, na wyciągnięcie ręki. To swoista esencja spokoju i natury. Błękitnooka, złotowłosa, szlachetna do szpiku kości Anka jaśnieje w promieniach zachodzącego słońca. W Kurowie księżyc „napełnia pokój niebieskawym pyłem”, z łąk „podnoszą się białawe opary ku granatowym przestrzeniom”, promienie księżyca „wloką się niby ostrza złote po rowach pełnych żółtych kaczeńców i niebieskich niezapominajek”. Bukiety „owiane różowym pyłem” stoją nieopodal rzeczki, płynącej „pasem błękitu, po którym rozpryskują się srebrne łuski fal, obmywają długie linie żabieńców i niezapominajek, co żółtymi i błękitnymi oczami patrzyły na wodę… na zielonkawe grzbiety… pomiędzy czerwonymi liśćmi pomórników… krzewy zielonego agrestu… i białe, smutne główki narcyzów”…

Jeśli chodzi o kolor czarny, będący w prototypowej referencji symbolem zła i nocy, w opisie Kurowa nie występuje. Bo Kurów jaśnieje spokojem, który może nieco zbyt odważnie można porównać do powietrza. Borowiecki dostrzega jednak tylko jeden aspekt tego porównania. Niezauważalność. Powietrze jest dla niego niewidzialne, przezroczyste; zapomina tylko, że

z drugiej strony, bez powietrza nie można żyć.

Tak samo barwy. Dla znanego i cenionego kolorysty, chemika fabrycznego, którym niewątpliwie jest Karol Borowiecki, są one po prostu już niewystarczalne, zbyt jednoznaczne, „odcienione”.

Zatem bliski, arkadyjski Kurów zostaje porzucony na rzecz Łodzi, która staje się synonimem ojczyzny ludzi dorosłych – z okrutnymi prawami, poświęceniem, bólem rozczarowania.

W Łodzi nie ma marzeń, w Łodzi są plany. Zarabiania, pomnażania, zdobywania, przeistaczania. Plany zamykania świata w formie, meblowania go (jak ująłby to Barthes), nadawania mu czarnym flamastrem grubych konturów, zamieniania w bryłę. W Łodzi, czerwone nie są już ani klomby kwiatów, ani serce dla mamy. Czerwone są „potężne mury fabryk”, „złowrogie języki płomieni”, „smugi oparów”. Gmachy fabryk „czerwienieją wskroś mgieł bolesnym tonem mięsa odartego ze skóry…”.

Nienaturalnie zdeklasowany kolor przyjmując negatywny kierunek konotacji, wydaje się, że popełnia faux pas wobec miłości i piękna.

Z drugiej strony komplikuje; zdaje się być ten sam a jednak nie taki sam. Zmienność widzenia barwy jest ściśle powiązana ze zmiennością widzenia świata i z całą mocą uwypukla jego brzydotę i grozę. Podstępnie i niepostrzegalnie alienuje bohatera z naturalnego środowiska. Borowiecki zdaje się nie zauważać swojego wyobcowania. W pogoni za wartościami materialnymi gubi wartości duchowe, można by rzec, że myli farbę z naturalną barwą.

Jeśli już w Łodzi pojawia się kolor żółty, to nie są to kaczeńce. Żółta jest twarz chorego, wycieńczonego morderczą pracą i głodem robotnika. Przepaść między kolorami rodzi zdumienie i frustracje. Bo przecież żółte (prócz kaczeńców) miało być zawsze słońce, synonim radości. Jednak w Łodzi mało jest radości. Nawet bladoniebieski nie jest już świt, radosna obietnica dnia; bladoniebieskie są „wypukłe oczy robotnika”, którego twarz ma kolor „szmalcu przekrwionego”.

I białe nie są główki narcyzów czy opary unoszące się z łąk i oparzelisk. Biała jest „łopata robotnika”, „ściany fabryk”, „stosy szarpanej do przędzenia bawełny”, dymy fabryczne; „szarobiałe brudne przestrzenie”.

Nietrudno zauważyć, że dominującym kolorem w opisie Łodzi jest wszechobecna, wypełzająca z każdego zakamarka czerń.

Czarne są „cielska olbrzymich fabryk”, czarne „sylwetki robotników…roje robotników wypełzających z bocznych uliczek”, czarny jest pokój Meli, czarne kałuże wody i błota, czarne „milczące czworoboki fabryk”, „czarne, lepkie błoto na ulicy”, „czarna jedwabna suknia Żydówki”, czarne są jej włosy i rękawiczki, czarny „ordynarny towar na męskie ubrania”, czarne opary farby,…. Kolor razi swą brutalnością, trawi duszę, boli.

Ojczyzna mieni się feerią barw. Wykrzywia oblicze szarzyzną dnia codziennego, mami fałszywymi obietnicami, krzyczy jazgotem czarnych ulic, krwawi kajdanami jarzma.

Przeraża burzą myśli bezsensownych…grzmot!...huk!...błysk!...echo dudnienia i nagły wiatr, zmiatający bursztynowe liście do rynsztoka „życia – nieżycia”.

Z czasem „daleczeje”, jak powiedziałby ten, który oparł się kultowi urbanizacji. Nabiera złowrogich konturów. Cywilizacyjny pył skutecznie zaciera przejrzystość i niewinność barw w wyobraźni.

Wróćmy do koguta. Kogut też już nie jest ten sam. Teraz „chór potwornych kogutów, piejących metalowymi gardzielami” wzywa O B Y W A T E L A do pracy.

..........

I dzwon już przestał interesować się kasztanami. Borowiecki przegrał swoje szczęście. Wygrał!..., przegrał!..., wygrał!..., przegrał!…

Kinga Plisko

Esej nagrodzony wyróżnieniem w konkursie zorganizowanym przez Górnośląskie Towarzystwo Literackie.

Bibliografia:

Opisy kolorów Łodzi i Kurowa oraz cytat zamykający pracę pochodzą z Ziemi obiecanej,

Wł. St. Reymonta. Poznań 1998, s. 7 – 294

Konotacji barw dokonano na podstawie:

K. Handke, Świat barw. Kraków 2002

M. Rzepińska, Studia z teorii i historii koloru. Kraków 1966

R. Tokarski, Semantyka barw we współczesnej polszczyźnie. Lublin 2004

#artykuł

0 wyświetlenia

"The secret of change is to focus all of your energy,

not on fighting the old, but building the new." Socrates

  • Grey Facebook Icon
  • Grey Instagram Icon
  • Grey Twitter Icon

© 2017 Norway24.pl

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now